Wybierz region

Wybierz miasto

    Komornik wkracza do akcji

    Autor: Wiesław Pierzchała

    2006-11-13, Aktualizacja: 2006-11-13 02:41 źródło: Polska Dziennik Łódzki

    Komornicy zaczynają działać, gdy mimo wyroku sądowego, firmy lub osoby prywatne nie chcą (lub nie mogą) oddać należnych pieniędzy. Najczęściej starają się zająć konto bankowe lub pobory wypłacane dłużnikowi.

    Komornicy zaczynają działać, gdy mimo wyroku sądowego, firmy lub osoby prywatne nie chcą (lub nie mogą) oddać należnych pieniędzy. Najczęściej starają się zająć konto bankowe lub pobory wypłacane dłużnikowi. Gdy to się nie udaje, zajmują nieruchomości - domy, mieszkania i działki, a także ruchomości - meble, telewizory czy samochody.

    - Niedawno sporo pieniędzy odzyskiwaliśmy poprzez licytację wyposażenia mieszkania dłużnika - opowiadają komornicy. - Dziś na licytację mebli czy telewizorów nawet pies z kulawą nogą nie przyjdzie. Z ruchomości jedynie auta sprzedają się jako tako.

    Izba Komornicza w Łodzi skupia 49 sądowych komorników, którzy w ciągu roku mają średnio dwa tysiące spraw. Każdy ma rewir. W każdym są sprawy różnego kalibru: od alimentów po egzekucję milionów złotych.

    Dwóch prezesów w jednym

    - Na wniosek firmy zza Odry, będącej w pierwszej dziesiątce największych spółek akcyjnych w Niemczech, prowadziłem postępowanie przeciw spółce w Łodzi, która odebrała towar, ale za niego nie zapłaciła i winna była kilka milionów złotych - wspomina Andrzej Ritmann, przewodniczący Rady Izby Komorniczej w Łodzi. - Udałem się pod podany przez wierzyciela adres. Zastałem dobrze prosperującą firmę, z cennym sprzętem i liczną załogą. Nazwa firmy się zgadzała, z tym, że nie była to spółka z o. o., lecz cywilna, czyli de facto inny podmiot.

    Okazało się, że poszukiwana spółka z o.o. działała, ale pod innym adresem. Było to prywatne mieszkanie należące do rodziny prezesa. Mieścił się tam cały majątek spółki z o.o., który komornik miał prawo zająć. Były to... biurko, krzesło i telefon. Prezesem obu spółek była ta sama osoba, która majątek spółki z o.o. przeniosła aportem do spółki cywilnej. Odbyło się to w majestacie prawa, ale, zdaniem komorników, był to przekręt, żeby nie zapłacić Niemcom należności. Dlatego wierzyciel zza Odry zawiadomił łódzką prokuraturę, a ta wszczęła śledztwo.

    Przekręty małe i duże
    Ostatnio coraz więcej spraw dotyczy powszechnie dostępnych kredytów bankowych, wziętych przez osoby fizyczne na zakup wieży stereo, kina domowego, telewizora, lodówki itp. Gdy kredytobiorcy przestają płacić, bankowcy alarmują sąd, a ten wydaje zgodę na egzekucję.

    Komornik udaje się do dłużnika, który mówi, że nie zapłaci, bo w domu nie ma pieniędzy, a jego konto bankowe jest puste. Komornik chce więc zająć część poborów, ale okazuje się, że dłużnik nigdzie nie pracuje. Jest to o tyle dziwne, że starając się o zakup na kredyt, musiał mieć zaświadczenie o zatrudnieniu. Wprawdzie pracę mógł wkrótce stracić, ale komornicy podejrzewają, że wiele takich zaświadczeń jest sfałszowanych.

    Skoro nie mogą odzyskać pieniędzy, komornicy starają się zająć zakupiony na kredyt telewizor czy inny sprzęt. I tu czeka ich często niemiła niespodzianka, bo przedmiotów tych nie ma w mieszkaniu, gdyż dawno trafiły do lombardu. Komornicy, którzy w takich przypadkach są bezsilni, podejrzewają, że nierzadko zakup na kredyt już w założeniu jest przekrętem.

    Bywa, że gra toczy się nie o telewizor czy samochód, ale o wart miliony biurowiec. Już za kilka tygodni odbędzie się druga licytacja komornicza słynnego biurowca Próchnika przy al. Rydza-Śmigłego, który kupiła firma Infolex i w atmosferze skandalu sprzedała oddziałowi ZUS w Łodzi. Chodziło o to, że Infolex kupił budynek za 9,5 mln zł i zaraz sprzedał za prawie... 27 mln zł. Kupującym był szef łódzkiego oddziału ZUS w Łodzi i były wiceprezydent Łodzi Bolesław Parzyjagła, którego proces wciąż toczy się w Sądzie Rejonowym.

    Prokuratura dopatrzyła się przestępstwa, a sąd unieważnił transakcję ZUS z Infoleksem. Jednak ZUS, żeby odzyskać chociaż część "utopionych" w budynku pieniędzy, musi korzystnie sprzedać biurowiec, którego wartość biegły wycenił na 17,2 mln zł. Na pierwszą licytację, gdy cena wywoławcza wynosiła 12,7 mln zł (trzy czwarte wartości), nikt się nie zgłosił. Czy druga licytacja, na której cena wyjściowa spadła do 11,3 mln zł, także zakończy się fiaskiem?

    Z siekierą na komornika
    Zupełnie inny charakter mają eksmisje, na które komornicy wybierają się z wierzycielami, asystą policyjną i... duszą na ramieniu.

    - Udaliśmy się kiedyś do mieszkania w kamienicy w rejonie ulicy Przybyszewskiego w Łodzi - opowiada komornik. - Lokator nie płacił czynszu, więc zapadła decyzja o eksmisji. Wchodzimy do zaniedbanego pomieszczenia, a tam na barłogu leży mężczyzna. Ocknął się, chwycił za siekierę i zamachnął się na mnie. Podbiegłem do niego, chwyciłem za rękę i odebrałem siekierę. Eksmisja została wykonana, a lokator trafił do lokalu socjalnego, który był w... lepszym stanie od poprzednio zajmowanego.

    Desperatka z wieżowca
    Innym razem miała być eksmitowana mniej więcej 45-letnia kobieta chora psychicznie, mieszkająca na 10. piętrze wieżowca na łódzkiej Dąbrowie. Lokatorka zabarykadowała się i ani myślała wpuszczać "intruzów". Zagroziła, że jeśli komornik i jego ekipa nie dadzą jej spokoju, wyskoczy przez okno. Jej słowa przyjęto poważnie, gdyż jej bliski krewny wyskoczył przez okno z tego samego mieszkania i zginął na miejscu.

    Komornik z dzielnicowym chcieli odstąpić od eksmisji, ale wierzyciel - spółdzielnia mieszkaniowa - nie zgodził się na to. Wezwane zostały policyjne posiłki. - Przyjechało też dwóch policyjnych negocjatorów, a także pogotowie ratunkowe i trzy wozy bojowe strażaków, którzy przed blokiem rozłożyli poduszkę powietrzną - wspomina komornik. - Jeden negocjator, którego strażacy zabezpieczyli linami, znalazł się na zewnątrz balkonu desperatki. Kiedy rozmawiał z nią, wyważyliśmy drzwi, wpadliśmy do mieszkania i uratowaliśmy kobietę.

    Przesada z kokosami
    Ostatnio komornicy mają mniej spraw o eksmisję, gdyż nowe przepisy zabraniają wyrzucania lokatorów na bruk. Mówi się jednak, że komornicy zbijają kokosy. Czy to prawda?

    - Informacje o naszych zarobkach, coraz niższych, są mocno przesadzone - podkreśla Andrzej Ritmann.

    - Tak jest przynajmniej w Łodzi i regionie, gdzie ludzie są biedni. Owszem, są kancelarie komornicze, które bardzo dobrze zarabiają, ale tak dzieje się przeważnie w Warszawie, Wrocławiu, na Śląsku i na Wybrzeżu.

    Komornicy pobierają 15 proc. kwoty uzyskanej w wyniku egzekucji. Zgodnie z przepisami, najwięcej mogą wziąć 60 tys. zł. Takie przypadki są w Łodzi raczej rzadkie. Komornicy podkreślają, że sporo pieniędzy idzie na utrzymanie kancelarii, pracowników. Dlatego bywa, że miesięcznie zarobią na czysto kilka lub kilkanaście tysięcy zł, ale są też miesiące, kiedy muszą dopłacać do interesu.

    Poczynania komorników można zaskarżyć do sądu. Jak dotąd, w Łodzi i regionie nie było jednak takiego, który by tak nabroił, że został pozbawiony możliwości wykonywania zawodu. A przypadek komornika z Radomska? - Został on zawieszony w pełnieniu obowiązków - wyjaśnia Andrzej Ritmann. - Decyzję podjęła prokuratura, która wszczęła przeciw niemu postępowanie karne. Szczegółów tej sprawy nie znam.

    Sonda

    Czy kary dla pijanych kierowców są za niskie?

    • tak (87%)
    • nie (11%)
    • nie wiem (2%)

    Korzystamy z cookies i local storage.

    Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.