Profesor Zbigniew Mikołejko: Strajk Kobiet już jest siłą polityczną. Nie sądzę jednak, by przerodził się w jakąś partię

Aleksandra Kiełczykowska
Aleksandra Kiełczykowska
Profesor Zbigniew Mikołejko: Strajk Kobiet już jest siłą polityczną. Nie sądzę jednak, by przerodził się w jakąś partię
Profesor Zbigniew Mikołejko: Strajk Kobiet już jest siłą polityczną. Nie sądzę jednak, by przerodził się w jakąś partię fot: arkadiusz wojtasiewicz/polskapress
Protesty już coś zmieniły. Nie chodzi przy tym o rzeczy doraźne, lecz o coś trwalszego, co będzie miało swoje konsekwencje polityczne, ale przede wszystkim społeczne i kulturowe – mówi prof. Zbigniew Mikołejko, filozof i historyk religii

Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej opublikował uzasadnienie wyroku w sprawie aborcji, który zapadł 22 października 2020 roku, rząd opublikował właśnie wyrok w Dzienniku Ustaw. Dlaczego teraz, jak pan myśli? Niektórzy twierdzą, że to próba odwrócenia uwagi od programu szczepień i faktu, że rząd sobie z pandemią po prostu nie radzi.
Tak, prawda jest w tym wypadku, jak mi się wydaje, zupełnie oczywista: władza sobie nie radzi nie tylko z pandemią, ale i z jej skutkami społecznymi i gospodarczymi. I działa, coraz to powszechniejsze odczucie, w wielu sprawach chaotycznie, na oślep, od przypadku do przypadku. W tej sytuacji najwyraźniej zatem Jarosław Kaczyński wybrał to, co wybiera zwykle w sytuacji zamętu i ewidentnej bezradności tej władzy - zarządzanie przez konflikt. Zresztą tak naprawdę mówienie w tym wypadku o „wyborze” jest błędne. Wybór bowiem jest wtedy, kiedy się działa świadomie i racjonalnie. Tymczasem Kaczyński i jego formacja działają w takich wypadkach odruchowo i bezmyślnie, niczym przysłowiowy „pies Pawłowa”: oni mają takie zarządzanie przez konflikt wpisane w swój umysłowy genotyp, uczynili z tego niemal mechaniczny sposób działania. A to, że tym razem konflikt jest rozległy i dramatyczny, wynika po prostu stąd, że stan, w jakim się teraz znaleźliśmy, jest też właśnie taki - poważny i dramatyczny. No i trzeba było znaleźć coś odpowiednio dużego i poruszającego, związanego z ogromnymi napięciami emocjonalnymi - bo w tej całej metodzie zarządzania przez konflikt nie o co innego przecież chodzi, tylko o prowokowanie reakcji uczuciowych, tak głębokich, by zdołały one przykryć i osłabić, oddalając je w czasie i „rozmywając”, inne istotne sprawy.

Z drugiej strony wiadomo było, że TK musi kiedyś opublikować uzasadnienie wyroku, a rząd opublikować go w Dzienniku Ustaw – zawieszenie nie mogło trwać w nieskończoność, prawda?
Oczywiście, nie mogło być inaczej - taki jest prawny stan rzeczy. Tyle że nie jest on stanem samym w sobie: został bowiem sprowokowany przez pewną decyzję polityczną - ale także, trzeba to koniecznie podkreślić, moralną. Przez decyzję nieodpowiedzialną i naznaczoną cynizmem.

Zdziwił pana fakt, że niemal natychmiast ludzie, nie tylko kobiety, wyszli na ulice? Że protestują, bo w Polsce obowiązuje jedno z najbardziej restrykcyjnych praw aborcyjnych w Europie?
W ogóle mnie to nie zdziwiło. Chodzi przecież o najbardziej podstawowe zasady związane z ludzkim losem w jego najbardziej - intymnym, cielesnym i związanym z osobistą wolnością - wymiarze. Tymczasem obecna władza, sprzymierzona z instytucjonalnym Kościołem - narzuca ludziom prawo, które mieści się poza powszechnymi europejskimi standardami (tylko na Malcie jest gorzej). Ba, nie tylko europejskimi. Nawet w Ameryce Łacińskiej, dotąd bardzo restrykcyjnej w sprawach aborcji, kolejne kraje liberalizują prawo do niej. Strasznym i niepokojącym wyjątkiem jest naturalnie Salwador, gdzie kobiety skazuje się na dożywocie nawet za przypadkowe, zrządzone przez los poronienie (nawet system formalno-prawny Państwa i Miasta Watykan jest tutaj łagodniejszy!). Podejrzewam, że dla niektórych fundamentalistów polskich, w rodzaju Kai Godek, byłby to stan idealny i ze wszech miar pożądany (powoływanie się w tym wypadku na etykę chrześcijańską odbieram oczywiście jako faryzejską maskę resentymentów, jakichś złych uczuć). W istocie jednak, jak myślę, obecna władza - we współpracy z najbardziej nieustępliwymi segmentami Kościoła - zmierza do osiągnięcia takiego stanu rzeczy, jaki obowiązuje w niektórych krajach islamu, Afryki subsaharyjskiej czy Ameryki Środkowej czy Indochin, gdzie dopuszcza się aborcję w przypadku zagrożenia życia matki. Zwracam przy okazji uwagę, że niektóre kraje muzułmańskie - chociażby Turcja, Tunezja czy Azerbejdżan - mają prawa związane z aborcją tak liberalne jak zdecydowana większość krajów Europy, bardziej nawet liberalne niż obowiązujące w Anglii, Szkocji i Finlandii!

Myśli pan, że te protesty będą miały taką samą siłę, zasięg, będzie w nich tyle samo determinacji, co w protestach jesiennych
Nie wiem, jak będzie ze społecznym zasięgiem protestów. Wydaje mi się jednak, że będą one trochę mniej liczne, ale bardziej siłą rzeczy dramatyczne i desperackie. W końcu ogłoszenie tego werdyktu - jego prawomocność jest zresztą podważana z rozmaitych powodów prawnych - było postawieniem kropki nad „i”.

Nie ma pan wrażenia, że te jesienne protesty były wynikiem nie tylko niezgody na zaostrzenie praw aborcyjnych, ale i niechęci do rządów PiS, zmęczenia pandemią? I że tym razem może być podobnie?
To także dla mnie jest oczywiste. Zaostrzenie prawa do aborcji, niezależnie od samej istoty tego represyjnego aktu, stało się poniekąd „rozrusznikiem” i „lepiszczem” rozmaitych motywów. Narastająca niechęć do rządów PiS, pandemiczne lęki i ograniczenia były tu, rzecz jasna, na pierwszym miejscu. Ale trzeba też zauważyć, że - co czytelne było wyraźniej na jesieni - protesty mają mocny, by tak rzec, „antysystemowy” charakter. I są związane z fatalnym ukształtowaniem wielu mechanizmów polskiej demokracji, rozmaitych jej grzechów prawnych i instytucjonalnych. Ale też, co muszę stanowczo podkreślić, z fatalną na ogół mentalnością politycznych elit, ich intelektualną, kulturową i moralną bylejakością.

Według badań opinii wśród Polaków, które przeprowadził Ogólnopolski Strajk Kobiet, 85 procent osób, które biorą udział w protestach, wierzy w ich skuteczność. Myśli pan, że te protesty faktycznie coś zmienią?
Już coś zmieniły. Nie chodzi przy tym o rzeczy doraźne, lecz o coś trwalszego, co będzie miało swoje konsekwencje polityczne, ale przede wszystkim społeczne i kulturowe. Wielu ludziom, szczególnie młodym i mieszkającym poza wielkimi miastami, ów gorzki i zdesperowany karnawał protestu uzmysłowił po prostu, że nie mogą być bierni w sytuacji zagrożeń dla demokracji. Że te zagrożenia ich bezpośrednio dotyczą i że nie da się ich przeczekać beztrosko i obojętnie na skraju drogi, w jakiejś „chacie skraja”, w jakichś prywatnych czy społecznych „niszach”: z nosem przy komputerze, na „imprezach”, w „ogródkach piwnych” czy włóczeniu się tu i tam po świecie.

Uważa pan, że Strajk Kobiet może się przerodzić w jakąś polityczną siłę?
On już jest polityczną siłą. Ale nie może istnieć ciągle w obecnej postaci, objawiając się spontanicznie przy okazji zagrożeń dla spraw kobiet. Nie sądzę jednak, by ostatecznie przerodził się w jakąś partię. Jest bowiem raczej pewnym - jeśli można się tak wyrazić - pewnym żywiołowym horyzontem społecznym i pewnym mechanizmem wymuszającym przemianę „systemu”. Ale też ekspresją i objawieniem rozmaitych przeobrażeń kulturowo-społecznych i rozmaitych napięć, które nie dotyczą już samej polityki czy też samego prawa. Mówiąc inaczej: Strajk Kobiet wyraża, często w formach radykalnych i prowokacyjnych - to nie jest żadna nowa prawda - drastyczne rozpołowienie polskiego społeczeństwa na jego część zachowawczą i na jego część liberalną. To przede wszystkim, że ta druga nie chce już być tak bezpardonowo, tak bezwzględnie podporządkowana przez pierwszą, jak to się dzieje obecnie (wymiar polityczny to tylko zewnętrzna strona stanu rzeczy). Jest to zatem gra wielkich sił społecznych. Nie może ono rzecz jasna trwać bez końca. I powiem to twardo i kategorycznie: zachowawcze odłamy polskiego społeczeństwa będą musiały wreszcie kiedyś ustąpić, zdobyć się na kompromis, czyli na danie miejsca i odpowiednich swobód inaczej myślącym i czującym.

Co pana zdaniem stanie się dalej z orzeczeniem Trybunału Konstytucyjnego i jaka będzie narracja prowadzona przez rząd? Bo widać już dzisiaj, że ten ma z tym problem.
Podejrzewam, że władza będzie szła „w zaparte” i udawała, że „nie ma sprawy”, że ta burza przeminie i ludzie w końcu pogodzą się z sytuacją. Ale to w wymiarze zewnętrznym, w retoryce i w spektaklach tych rządów. Od wewnątrz będzie oczywiście drążyła je niepewność i lękowe oczekiwanie na wyborczy wyrok. Orzeczenie Trybunału i obecne demonstracje postawiły zatem rządzący w stan zamętu i lęku, skrywanych z trudem. Ich nadzieją jest oczywiście mentalność opozycyjnych elit. I PiS - jak wiemy, nie bez mocnych podstaw - wciąż na to liczy. Jeśli zatem liderzy demokratycznych partii nie pozbierają się wreszcie moralnie i intelektualnie, nie zaczną myśleć i działać na rzecz wspólnego dobra, tocząc jedynie swoje zwyczajowe gry i gierki, dbając tylko swoje małe, partykularne interesy, PiS znowu dojdzie do władzy. Chwila jest poniekąd ostatnia, innej szansy już długo, długo nie będzie, jeśli w 2023 roku Platforma, Lewica, Ruch Hołowni czy PSL, on zwłaszcza, uznają znowu, że razem jest im „nie po drodze”, że ważne jest te parę procent albo parę synekur dla mojej partii, dla „naszych ludzi”. W takiej sytuacji przysłowiowe „obudzenie się z ręką w nocniku” będzie, jak się obawiam, stanem łagodnym i utęsknionym przez opozycyjnych liderów. Stanem marzeń o „dawnych, dobrych czasach”.

A może Jarosławowi Kaczyńskiemu chodzi o przeprowadzenie fundamentalnej rewolucji w kraju?
Kaczyńskiemu chodzi jedynie o władzę, o władzę i jeszcze raz o władzę! O władzę absolutną, wolną od wszelkiej krytyki i panującą nad wszelkimi formami zbiorowego i osobistego życia. A tę dać może jedynie system całkowicie autorytarny, całkowicie i pod każdym względem bezwzględny, Tymczasem - i to go niepokoi, to go nęka do głębi - nie jest on mimo wszystko w obecnej Polsce i w obecnym świecie Zachodu nie do ustanowienia. Musi więc, wprawdzie poszerzając nieustannie granice swej dominacji, ciągle poprzestawać na funkcjonowaniu w nieuporządkowanym systemie półautorytarnym czy, jeśli ktoś woli, w nieuporządkowanym systemie półdemokratycznym. On nie jest rewolucjonistą, on jest przeciętnym dość pospolitym autokratą posługującym się wszelkimi sposobami, demokratycznym i niedemokratycznymi, dla ukojenia swoich resentymentów i zaspokojenia swego władczego pragnienia, którego zresztą, jak wiadomo, zaspokoić się nie da. Można więc gonić jedynie - i boleśnie dla pozostałych - za jej fantomem, za jej widmem, za wciąż oddalającym się horyzontem: Politycznego Absolutu.

Myśli pan, że sprawa ustawy aborcyjnej może wpłynąć na notowania rządu? Niektórzy twierdzą, że to początek końca Zjednoczonej Prawicy.
Chciałbym, żeby tak było. Nie bez znaczenia stały się przy tym - trzeba dodać - doświadczane już pewnie powszechnie i ewidentne lekcje przemocy. Tej prawnej, ale przede wszystkim tej policyjnej, widocznej teraz na ulicach polskich miast.

Jak w tej sytuacji powinna zachować się opozycja? Co powinna robić?
Nie chciałbym mówić o konkretnych działaniach poszczególnych odłamów opozycji. Jedno tylko dla mnie jest pewne: ich liderzy powinni jasno i wyraźnie, a przy tym nieustannie i konsekwentnie, wyrażać swoje stanowisko w tej sprawie. Bez żadnego kluczenia, bez żadnego miotania się, wikłania w subtelności moralno-prawne, oraz niejasnej, pokrętnej retoryki, bez żadnego „nie, ale…”. Zgodnie ze słowami Chrystusa powinni mówić także w tej sprawie jasno i dobitnie: „tak, tak” albo „nie, nie”. I już.

Strajk Kobiet zmieni mentalność Polaków? Zaczną bardziej liberalnie podchodzić do kwestii takich jak aborcja, czy zaczną wspierać na przykład działania społeczności LGBTQ+?
Powiem tak: liberalni spośród nas staną się jeszcze bardziej liberalni, zachowawczy - jeszcze bardziej zachowawczy. Ważne jest jednak zachowanie tych pośrodku - co to trochę tak, a trochę inaczej, trochę zachowawczości i plemiennego atawizmu, a trochę otwartości i rezygnacji ze starych wyobrażeń i przywiązań. I tutaj jestem cokolwiek optymistyczny. Odnoszę bowiem wrażenie, że sytuacja obecna, nie tylko ta związana ze Strajkiem Kobiet, pchnęła ich chyba cokolwiek w stronę bardziej liberalnego myślenia.

Prof. dr hab. Zbigniew Mikołejko - filozof i historyk religii, kierownik Zakładu Badań nad Religią w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN

Sztuczna inteligencja “nie radzi” sobie z hejtem?

Wideo

Materiał oryginalny: Profesor Zbigniew Mikołejko: Strajk Kobiet już jest siłą polityczną. Nie sądzę jednak, by przerodził się w jakąś partię - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie